Sep 05, 2010 - 02:44 AM
 
Search 
 
Koniec podróży Posted by : Aragorn
 
  Podroz Osiem i pół miesiąca. Dwieście sześćdziesiąt dwa dni. Sześć tysięcy dwieście osiemdziesiąt osiem godzin (plus minus kilka godzin zgubionych bądź zyskanych podczas kilkukrotnego przekraczania linii zmiany czasu). Siedemnaście startów i lądowań. Czterdzieści dwa tysiące mil. Sześćdziesiąt osiem tysięcy kilometrów pokonanych samolotem, pociągiem, autobusem i autostopem.

Nasza podróż.

Kiedy ostatniego dnia wchodziliśmy do samolotu linii America West czuliśmy się bardzo... dziwnie. Przed nami został już tylko ostatni skok przez Atlantyk. Do Europy nie lecieliśmy jednak bezpośrednio. Najpierw musieliśmy wrócić do Los Angeles, gdzie mieliśmy przesiąść się do wielkiego Boeinga, który miał zanieść nas do Frankfurtu, skąd już polskimi liniami LOT lecieć mieliśmy do Warszawy.

Na szczęście ostatnie 24 godziny naszej podróży wymagały od nas ciągłej przytomności i aktywnego zaangażowania, przez co udało nam się uniknąć myślenia w kategoriach "właśnie kończy się coś niezwykłego". Ponieważ nasza wycieczka do Kanady została zaplanowana i przeprowadzona zupełnie niezależnie od naszych biletów dokoła świata mieliśmy świadomość, że jeśli z jakiegoś powodu nie znajdziemy się na pokładzie lotu do Frankfurtu, będziemy w poważnych tarapatach.

Dlatego właśnie zaplanowaliśmy powrotny lot do Los Angeles na ranek, podczas gdy samolot lecący do Europy miał wystartować dopiero wieczorem. Zostawiało nam to cały dzień na uporanie się z nieprzewidzianymi przeciwnościami losu, które zazwyczaj pojawiają się właśnie wtedy, kiedy na walkę z nimi nie ma specjalnie czasu. Nauczeni stresującą przygodą na Tahiti postanowiliśmy, że lepiej będzie, jeśli przesiedzimy cały dzień na lotnisku, niż gdyby miało się okazać, że nasz lot z Kanady został opóźniony o kilka godzin, przez co uciekłby nam samolot do Frankfurtu.

Oczywiście, ponieważ wykazaliśmy się przezornością i gotowością do walki z przeciwnościami, osiem godzin w Los Angeles spędziliśmy w restauracji z widokiem na płytę lotniska. Lot nie był opóźniony, bagaże nie zaginęły, bez przeszkód przeszliśmy odprawę paszportową, a walizki nadaliśmy bez najmniejszego problemu.

Nasze ostatnie godziny na lotnisku LAX nie dłużyły nam się tak strasznie. Świadomość, że prędko nie wrócimy do słonecznej Kalifornii sprawiła, że przyjemność sprawił nam nawet spacer przez zatłoczone terminale.

Amerykanie również postarali się, aby nasze ostatnie chwile w ich kraju minęły nam przyjemnie. W pewnej chwili, kiedy już siedzieliśmy w części restauracyjnej (food court) do naszego stolika podeszła para turystów. Grzecznie zapytali się nas, czy mogą się przysiąść, na co oczywiście się zgodziliśmy. Amerykańskie małżeństwo podobnie jak my pasjonowało się podróżowaniem. Z lotniska w Los Angeles udawali się do Peru, gdzie zamierzali zobaczyć między innymi Machu Picchu.

Nasi nowi znajomi nie zabawili z nami długo, jednak rozmowa z bratnimi duszami poprawiła nam humory. Kiedy amerykanie ruszyli na spotkanie ze swoją przygodą my ulokowaliśmy się wygodnie w przy szklanej szybie i patrząc na niekończący się sznur startujących i lądujących samolotów zaczęliśmy rozmyślać o tym, co czeka nas w naszym ojczystym kraju...

W końcu przyszedł czas i na nas. Wysłaliśmy SMSy rodzinie informując wszystkich, że wsiadamy do samolotu, po czym zajęliśmy miejsca w ogromnym Boeingu.

Lot przez całą szerokość Stanów Zjednoczonych, Atlantyk oraz zachodnią Europę był bardzo długi. Szczęśliwie udało nam się go niemal w całości przespać. Trochę nieprzytomni przemierzaliśmy niemieckie lotnisko w poszukiwaniu właściwego gate'a. Będąc na tym samym kontynencie co cel naszej podróży poczuliśmy się niemal jak w domu.

Dotarło do nas również coś jeszcze. Nasza wędrówka po Świecie dobiegała końca.

Pomimo, że cieszyliśmy się bardzo z tego, że już wkrótce zobaczymy rodzinę, że w końcu będziemy mieli swój kawałek przestrzeni, że po raz pierwszy od prawie roku nie będziemy ani w gościnie u kogoś ani pod namiotem w zupełnie nieznanym nam miejscu, to jednak nostalgia wypełniała nam oczy łzami.

Ostatni lot naszej podróży dłużył się niemiłosiernie. Kiedy w końcu znaleźliśmy się na lotnisku Okęcie w Warszawie, odebraliśmy bagaż i mieliśmy wyjść do czekającej na nas rodziny zatrzymaliśmy się niepewnie. To był koniec naszej podróży.

Spojrzeliśmy na siebie, łzy po raz kolejny zaszkliły nam oczy. Mieliśmy za sobą osiem miesięcy niezwykłych przygód, które zostaną z nami do końca życia. I pomimo tego, że nasza podróż już dobiegła końca, to nie odkryliśmy jeszcze wszystkiego, co ma dla nas w zanadrzu los. Obiecaliśmy sobie w tamtej chwili, że tak jak ta podróż pozwoliła nam sięgnąć po więcej niż mogliśmy sobie wyobrazić, tak reszta naszego życia będzie równie interesująca, że nie będziemy się bali realizować nawet najbardziej śmiałych planów.

Z tym postanowieniem w sercu przekroczyliśmy bramę z napisem "Nic do oclenia".
 
PostNuke | PostNuke support | PostNuke NOC 

All logos and trademarks in this site are property of their respective owner. The comments are property of their posters, all the rest (c) 2006 by Aragorn
This web site was made with PostNuke, a web portal system written in PHP. PostNuke is Free Software released under the GNU/GPL license.
Nasi przyjaciele: Fantasy fan, Wladca Pierscieni i Gamer-Net, fantasy avatars.